Zielona Plansza
Publicystyka

Nieproszeni goście

Pod koniec lat 80-tych TVP emitowała serial australijski pt. Powrót do Edenu. Dzisiejsza młodzież nie pamięta ani filmu ani aktorki grającej główną rolę. Ale młodemu pokoleniu tamtych lat, które dziś jest młodzieżą dojrzałą i do którego to pokolenia niestety i ja się zaliczam, serial mocno utkwił w pamięci. Choć znany już nam w Polsce był światek zachodnich milionerów, z Pogody dla bogaczy, choćby, to jednak Powrót do Edenu podbił serca widzów bardzo szybko za sprawą skromnej, nijakiej i oszukanej przez męża i najbliższą przyjaciółkę, Stephanie. Później, po tym jak prawie pożarł ją wielki krokodyl, Stephanie stała się piękną, twardą i mściwą Tarą Wells. Przyznać trzeba, że Stephanie jako Nemesis była o wiele ciekawszą kobitką niż na początku.

Razu jednego trafiłam w jakimś czasopiśmie na wywiad z odtwórczynią głównej roli Rebeccą Giling. Rebecca opowiadała o swoim życiu, mężu, rodzinie, dzieciach. A jej, ich życie toczyło się w… łóżku.

Tak, w wielkim jak pokój łożu. W łóżku rozmawiali, jedli, uczyli się. Spali w nim wszyscy. Ona, mąż i ich dzieci. Najpierw jedno, a później w tym łóżku-domu urodziła na oczach starszego syna drugie dziecko. I to właśnie utkwiło mi w pamięci szczególnie. Było mocne.

Nie wiem. Wydaje mi się, że sypialnia to jednak strefa intymna. Ale nie w sensie, że powinny się tam, na intymnym forum rodzinnym, rodzić dzieci. Pomimo tego, że łóżko rodziców ma jakiś tam udział w powiększaniu się rodziny to jest to także obszar wyjątkowej prywatności, w której dzieci nie powinny brać udziału.

Przez długi czas miałam w swoim własnym łóżku nieproszonych gości, którzy pewnego razu po prostu przyszli i zostali na dłużej. Zaczęło się od niewinnego „mamo, nie mogę zasnąć”. Co więc robi troskliwa mama? Uchyla kołdrę i tuli dziecię tak długo aż ono słodko zaśnie. Jedna noc, druga, trzecia i… Nie wiem w którym momencie popełniłam błąd ale po tygodniu miałam w łóżku już nie jednego ale dwóch lokatorów.

Ok. Na początku, jakoś trudno rodzone dzieci ciemną nocą wypędzić z łóżka na poniewierkę. To brutalne i niebezpieczne. Dzisiejsze dzieciaki to cwaniaki. Znają swoje prawa. Jeszcze mi tu zorganizują związek wypędzonych albo założą jakąś inną groźną organizację. Chciałoby się z tym walczyć ale po kolejnym ataku terrorystycznym, dwóch, wcale nie takich malutkich bidusiów stających w drzwiach sypialni, jeden z wielkim miśkiem pod pachą, drugi z księgą wielkości solidnej poduchy, człowiekowi mięknie serce. Jest miękkie gdzieś tak do ok. godziny drugiej w nocy, gdy okazuje się, że po pierwsze nie masz możliwości obrócić się na drugi bok, a po drugie, że nawet gdyby taka możliwość była to i tak tego nie zrobisz bo jesteś sztywna i zdrętwiała gdyż nogę przygniata ci starsze dziecko a ręka znajduje się pod młodszym.

Nie będę opisywać walk jakie zmuszona zostałam stoczyć ze swoimi dziećmi o odzyskanie własnego łóżka. O odzyskanie tej odrobiny prywatności jaką można mieć wyłącznie w sypialni oraz o przywrócenie mi spokojnego kąta do pracy wieczorami. Dość powiedzieć, że po próbach przekupstwa, nieskutkujących prośbach i bardzo niepedagogicznych groźbach wręczyłam im po prostu nakaz eksmisji. Bardzo służbowy, wydrukowany i w kopercie. Opatrzony pieczątkami, spreparowanymi z ich osobistych gumek wykradzionych z piórników i opisem możliwych represji jakie mogą stać się ich udziałem w razie nie zastosowania się do nakazu eksmisyjnego. Albo poskutkowało albo im się po prostu znudziło jednakże wrócili do swoich łóżek na dobre.

Zastanawia mnie czym się różnię od Rebecci, która w wywiadzie zapewniała, że są normalną rodziną i żyją jak wszyscy. Przyznam, że mi z moimi lokatorami było ciasno, niekomfortowo i po prostu trudno. W świecie w jakim żyję, wśród ludzi posiadających dzieci, wśród ludzi pracujących po kilkanaście godzin dziennie, sypialnia to ostatni bastion jaki jeszcze chroni naszą prywatność. I powinien chronić nie tylko nas ale też i nasze dzieci przed sprawami dorosłych. One i tak dojdą do wszystkiego dużo szybciej niż byśmy sobie tego życzyli.